about me, healthy as hell

A więc otworzyłam kawiarnię…

8 May 2016

Nadal czasem to do mnie nie dociera. Zostawiam właśnie mały ślad w historii. Być może nawet będę w pamięci kilku warszawskich wegan. A raczej Healthy as hell zostanie, bo to o niej mowa.

Kawiarnia, knajpa, bistro. Wymarzona, wyczekana, skromna i kameralna, pełna miłości. Miłości do jedzenia, gotowania, tworzenia, serwowania, cieszenia innych, podziwiania, kreowania trendów.

Pytacie mnie jak to robię, że mam głowę do tylu biznesów. Ale moi znajomi już nie pytają tylko pewnie pukają się w głowę. Chyba zwariowałam! Mam swoją markę odzieżową, jestem fotografem, żoną, w domu czekają zawsze głodne koty a ja jeszcze otwieram lokal gastronomiczny?!

Nazywam to głodem spełnionych marzeń. Jeśli na mojej drodze do przyszłości nie ma żadnego celu, nie ma wizji tworzenia, robienia czegoś nowego – nie ma też sił do życia. Żyję emocjami, adrenaliną, kreatywnością. Żywię się momentami jak mój własny pokaz mody, ryzyko, walka z losem, premiera nowej kolekcji, poznawanie nowego, uszczęśliwianie ludzi, projektowanie, wzbudzanie zainteresowania, pomaganie innym.

Większość decyzji podejmuję instynktownie, w ciągu sekundy. Ja po prostu wiem, czego chcę. Jeśli pytam kogoś o zdanie, to tylko dlatego, że boję się konsekwencji podjęcia decyzji samodzielnie. To moja forma niebezpośredniej prośby o pomoc. Gdy ją otrzymam i tak robię wszystko po swojemu. Podpowiedź ma tylko potwierdzić moje przekonanie o racji. Taka jestem bezczelna. Każdy biznes, który stworzyłam, każda zmiana, każde przedsięwzięcie, projekt są instynktem. Myślę i od razu to robię. Brzmi to trochę lekkomyślnie, oczywiście weźcie poprawkę na to, że kiedy wpadam na pomysł, żeby przeprowadzić się do Paryża to nie robię tego od razu, tylko wpisuję na listę oczekujących marzeń. Natomiast gdy mam ochotę na czekoladę i nie ma jej w domu to nie narzekam, tylko idę do sklepu 😉 Do kawiarni zrobiłam 2 podejścia. Pierwsze było w 2014 roku, ale ponieważ wszystkie przesłanki w trakcie przygotowywania projektu mówiły, że to się nie uda i jest zbyt ryzykowne to zrezygnowałam. Drugie podejście wyglądało tak – wpadłam na pomysł przeniesienia butiku Charlotte do centrum Warszawy -> znalazłam lokal -> umówiłam się na spotkanie -> zobaczyłam, że nadaje się także na kawiarnię i zakochałam się, więc go wynajęłam od razu -> rozpoczęliśmy remont i otworzyłam butik po miesiącu -> 2 miesiące później dołączyła kawiarnia. Po drodze pojawiło się trylion przeszkód, złośliwych ludzi i rzeczy martwych, problemów finansowych, ale wszystko pokonaliśmy. Bo dla chcącego nic trudnego, zawsze tak uważałam.

Jeśli za długo się zastanawiam nad realizacją pomysłu, to rezygnuję, bo nie wierzę w jego sukces. Jeśli jednak nie zrezygnuję to najczęściej przeżywam fiasko. Nie można mimo to bać się porażki. Uczy ona podstaw życia – instynktu przetrwania, wzmacniania wiary w siebie, odrzucania błędnych wartości. Aby cały czas się wznosić musimy czasem upaść. Jeden krok do tyłu, dwa kroki do przodu. Ilekroć przeżywałam brak weny, głęboką melancholię i czułam destrukcyjną siłę w środku to wyrywałam się z nich jeszcze szybciej niż mnie dopadły. Odnajdywałam w najskrytszych zakątkach mojej głowy miejsca odpowiedzialne za szczęście i wkładałam mnóstwo starań w rozsiewanie ich jak wirusa. Uczucia, które przychodzą po takiej zmianie są mocą, która napędza nie tylko do działania, ale także ulepszania siebie.

Zdradzę Wam, że choć jest to wspaniałe i brzmi jak wielka przygoda, pełen doznań żywot, to jednak niesie także wielkie brzemię. Odpowiedzialność za dziesiątki małych składników tego przedsięwzięcia to duże obciążenie dla psychiki. Gdy pojawiają się problemy nie oddelegowuję ich, muszę samodzielnie je rozwiązać. Nie mogę też, gdy jestem zmęczona czy znudzona pracą, zatrudnić pracowników i nie uczestniczyć w życiu kawiarni osobiście. Ideą jest oddanie swojej duszy temu miejscu, tak by żyło moją energią. Fizyczny aspekt pracy w kawiarni też nie należy do przyjemnych, cierpię na bóle pleców, mam odciski, wysuszoną skórę dłoni. Nie zmienia to jednak faktu, że uwielbiam ciężko pracować. M. nazywa mnie mrówką. Nie czekam na pomoc, sama przenoszę meble czy wymieniam żarówki. Orientuję się, że jestem padnięta dopiero gdy kończę pracę. Kiedy przychodzi gość do kawiarni zapominam o całym świecie i myślę tylko o tym, by sprawić mu radość. Moje zaangażowanie w ten i każdy inny biznes jest na 200%. Prywatne życie schodzi w cień, kiedy mam poczucie obowiązku. Na szczęście przyjaciele rozumieją.

Niedzielny, leniwy poranek. Rozmawiamy z M w łóżku co by tu zjeść na śniadanie. Po prostu kanapki? Nieee. Może gofry, a może owsiankę z truskawkami?  Nagle dzwoni telefon, to z kawiarni. Jedna z osób jest chora i nie może dziś przyjść do pracy. Nie ma co czekać, otwieramy za 1,5 godziny. Wstajemy i M. rusza w pośpiechu do kawiarni. Nie będzie leniwej, wspólnie spędzonej niedzieli na pikniku z przyjaciółmi i pracy nad zdjęciami i nowym menu do Healthy. Ale wiecie co? W takim momencie czuję szczęście. Nie wkurza mnie taka sytuacja, nie załamuje, ale podbudowuje. Pojadę do krawcowej tak jak planowałam, przyjadę do butiku i kawiarni, gdzie będę mogła sobie spokojnie popracować, zaproszę znajomych do nas i zjem pyszne pancakes z malinami. To będzie fajna niedziela. Kocham moją pracę, kocham moje życie.

Czemu o tym wszystkim piszę? Chyba jestem z siebie trochę dumna. A trochę też przerażona. Musiałam to zbalansować na wirtualnej kartce. Są cienie i blaski każdej pracy. Ja czasem zazdroszczę typowej “roboty” 9-17 i wiem, że wiele osób zazdrościło mi. Najważniejsze to znaleźć harmonię w wybranym przez siebie trybie życia i nie zagubić się w pragnieniu wszystkiego tego, czego jeszcze nie mamy. Moja chorobliwa chęć odkrywania nieznanego i doświadczania nowego musi być ujarzmiona. Muszę zwolnić i wycisnąć z “teraz” jak najwięcej. Ale nie będę ukrywać, że chciałabym zbudować dom na wsi ze starej stodoły, otworzyć pensjonat i rustykalne miejsce na wesela, stworzyć większą knajpę Healthy z dużym ogrodem oraz podróżować przez cały rok fotografując i pisząc bloga 😀 Ok, mam 26 lat. Jeszcze wiele przede mną 😉

DSCF0212-2Healthy as hell
Koszykowa 59/36, Warszawa

hotel, snowboard, travel

Postcards from the piste.

12 March 2016

_MG_3207

One of my favorite places on earth is Rocks Resort in Laax, Switzerland. It feels like I’m home. That’s why I chose this winter to stay in Laax for two weeks instead of one. It was one of the greatest decisions in my life. I needed this time to rest, think the future through and work on my new projects. Here are some postcards from this sweet, lazy trip.

Continue Reading…

about me, fuji, photography

Fuji, tested with high expectations.

9 March 2016

_MG_8559-m

All those years of not expecting big things to happen. Only the average ones. Not small, but average. High hopes diminished a bit by reality.

All those years of working hard, but not without turning down careless and selfish needs. Finding the right balance between caring and wanting it too bad.

Going with the flow, you might say.

It is all worth it.

I am now one of a few female photographers who represent FUJI.

Continue Reading…

charlotte rouge, lingerie, People=inspiration, photography

#Real girls. Charlotte Rouge Lingerie Spring 2016

5 March 2016

_MG_6976 copy

I’m watching new episodes of Fargo now. In one of these, this creepy blonde character called Peggy realizes something obvious yet surprisingly important – the difference between thinking and being. Well it’s high time to stop thinking about posting something.

So here’s my latest shoot with Angela, beautiful white-haired angel I found on instagram and just had to meet in person. As my muse she posed for new Charlotte Rouge Lingerie collection.

Continue Reading…